Jak ,,to” u mnie wyglądało?

Posted on

Cześć!

Postanowiłam, że opowiem Wam w skrócie, jak wyglądał i wygląda mój czas po porodzie, a przede wszystkim wspomnę o tych sześciu tygodniach. Mam wrażenie, że o tych tygodniach tak mało się mówi. ,,TO” jak nazwałam w tytule, to połóg. Trochę temat ,,tabu”, bo każda z nas nie chce dzielić się swoimi problemami publicznie, często nawet nie dzieląc się tym z najbliższymi. Błąd! Nic tak nie oczyszcza jak szczera rozmowa i wyżalenie się komuś. Oczywiście, mam świadomość tego, że jakaś część z Was może nie zgodzić się z moimi przemyśleniami. Trochę żałuję, że nie przygotowałam się lepiej do tego czasu, przecież w ciąży mogłam o tym poczytać. Niestety jak już wiecie, poród był dla mnie ogromnym zaskoczeniem i żyłam w przekonaniu, że jeszcze mam na to wszystko czas. Pisząc ten wpis już jestem po połogu i mogę spojrzeć na to z innej strony. Tak naprawdę teraz miałam czas, żeby ,,zagłębić się” w tym temacie. Dla przypomnienia urodziłam siłami natury i ze względu na procedury przy wcześniakach miałam wykonane nacięcie krocza. Mimo wszystko uważam, że przeszłam ten czas w sposób łagodny, ale muszę tutaj podziękować mojemu mężowi i rodzicom. Bez ich wsparcia moje początku w roli mamy nie byłyby takie proste.

Po porodzie

Połóg według mnie jest trudniejszym czasem do przejścia, niż sam poród. Brzuchatki, które urodziły już dziecko mówiły mi, że o samym porodzie zapomnę jak tylko zobaczę maleństwo na świecie. I wiecie co? Miały racje. Jest coś takiego, jakby ten poród był ,,poza mną”. Pamiętam jego przebieg, co się działo na sali porodowej, ale pamiętam też taką ulgę jak urodziłam Różę. Nacięcia krocza i samego jego zszycia pamiętam już jak przez mgłę, wtedy towarzyszyły mi inne emocje. Naprawdę, ten czas wspominam jak jakąś mikrosekundę w moim dotychczasowym życiu. Jednak pamiętam doskonale ból związany z zszyciem krocza…i tutaj mamuśki na pewno pamiętacie pierwsze próby wstania z łóżka po CC. Gdy znieczulenie zaczęło puszczać… czułam się taka bezradna i przede wszystkim bardzo obolała ( tam na dole oczywiście). Do tego ciągłe wietrzenie rany, przemywanie się i próby karmienia, to wszystko naraz przytłaczało mnie. W szpitalu spędziłam tydzień z Małą po urodzeniu. Ogólnie przebywanie w szpitalu nie sprzyjało mi przy gojeniu rany, kilkadziesiąt razy wstawałam ze szpitalnego łóżka żeby zajmować się Różą. Codzienne obchody lekarzy i pokazywanie tej rany itp. czułam się trochę jak w zoo. Oczywiście, byłam zadowolona, że jestem ,,ładnie” zszyta i wszystko goi się bardzo dobrze. Jednak chciałam już być w domu, bez tych wszystkich obcych osób koło siebie i móc regenerować swoje siły w spokoju. Marzyłam o swoim łóżku i wiedziałam, że mam w domu wsparcie Łukasza i mojej rodzinki. Muszę to powiedzieć, że na początku nie chciałam obecności mamusiek koło siebie po wyjściu ze szpitala. Chciałam nacieszyć się tymi wspólnymi chwilami w trójkę. Przez ten tydzień w szpitalu, gdy zostałam rzucona na głęboką wodę, nauczyłam się sama zajmować Małą – jak ją pielęgnować i jak karmić. Brakowało mi tylko takiej chwili dla siebie, żebym mogła zebrać myśli i zmierzyć się z nową rolą. Po porodzie nie miałam możliwości na odpoczynek, od razu z porodówki zabrali mnie do pokoju i dostałam Różę. Teraz wiem, że mogłam poprosić położne o kilka godzin snu, a w tym czasie one miałyby pod opieką moje maleństwo 🙂 Pamiętałam o tym, aby nie dźwigać i nie spinać brzucha, gdyż macica po porodzie obkurcza się. Wracając do mamusiek to spadły mi z nieba. Zajęły się wszystkim w domu, zaczynając od prasowania, kończąc na gotowaniu. Nawet zostawiałam swój pokarm w butli i mogliśmy z mężem jechać do mojej pracy czy zrobić wspólnie zakupy. Dlatego i teraz chciałabym, żeby ktoś był przy mnie, takie dodatkowe ręce do pomocy bardzo by się przydały. Mówię o tym dlatego, że Róża jest bardzo wymagającym dzieckiem. Absorbuje nasz czas w 100 procentach. Nasze wieczory spędzamy nosząc ją na rękach i próbując złagodzić jej płacz, tylko w pozycji pionowej jesteśmy w stanie ją uspokoić. Na szczęście nie spotkałam się ze ,,złotymi radami” od najbliższych, chociaż właściwie może jakieś były, ale ja uparciuch tak robię wszystko po swojemu.

6 tygodni

Nie sądziłam, że czas może tak szybko lecieć, a przy dziecku to już w ogóle w ekspresowym tempie przelatują dni. Chociaż o pierwszych dwóch tygodniach wolałabym nie pamiętać, rana po nacięciu krocza bolała strasznie. W tym czasie ratował mnie Paracetamol i zajmowanie się Różą. Byłam przerażona, obolała i zła, że tak musiał skończyć się mój poród. Myślałam, że rana jak rana, zagoi się i będzie wszystko dobrze, ale myliłam się. Po tygodniu ból zaczął się nasilać, każde wejście po schodach przypominało ciągnięcie jednej nogi za sobą… Nawet nie mogłam usiąść przy stole na krześle, musiałam podkładać sobie jakaś miekką poduszkę i siedzieć jedną stroną w powietrzu. Noce też nie należały do przyjemnych, wietrzenie i odchody połogowe były dla mnie strasznym dyskomfortem. W tym czasie zadzwoniłam też do ginekologa, bo czułam, że coś chyba nie jest dobrze z moją raną. Przecież ból powinien przechodzić, a nie z dnia na dzień nasilać się. Przyjechałam do przychodni na wizytę, ginekolog stwierdził, że ściągnie mi szwy z zewnątrz (miałam założone rozpuszczalne). Nie było to nic przyjemnego, ale ulgę poczułam od razu. Po dwóch tygodniach od porodu zakończyło się u mnie krwawienie i przeszedł ból związany z nacięciem krocza. Mój stan fizyczny i psychiczny znacznie się wtedy poprawił. Muszę też wspomnieć o tej szalejącej burzy hormonalnej jaka spotkała mnie po porodzie. Wiele myśli tych dobrych, ale i tych złych pojawiło się w mojej głowie. Taka nagonka na karmienie piersią, bo trzeba o tym powiedzieć otwarcie, że w szpitalach i w mediach jest nacisk na kobiety odnośnie KP. Było mi ciężko, przedwczesny poród i taki szok dla organizmu, a do tego jeszcze niedoświadczenie przy karmieniu. Niejedna osoba mogłaby się załamać, ja też miałam chwilę słabości. Nie miałam pokarmu przez 2 doby od porodu, leciała tylko siara… Róża była głodna i miałam taki żal do siebie, że nie jestem w stanie jej pomóc jako matka. Położone pytały się mnie, czy mogą dokarmić Różę (ja miałam opory i strach przed karmieniem butelką). Jednak wciąż próbowałam i dostawiałam ją do piersi, używałam też laktatora, żeby coś ruszyło. Na szczęście w trzeciej dobie pojawił się już pokarm i wtedy poczułam, że te starania i determinacja wygrały. W tym całym połogu płakałam tylko raz, sama jestem w szoku! Płakałam ze szczęścia w noc sylwestrową, a to dlatego, że jestem już w domu. Wtedy dotarło do mnie to co się wydarzyło naprawdę. Urodziłam zdrową córeczkę, chociaż wcześniak, to obyło się bez inkubatora. Nie musiałam spędzać długich tygodni w szpitalu. Takie ciśnienie wtedy ze mnie zeszło i tymi łzami oczyściłam się. Ogólnie to moje pozytywne nastawienie do tych nowych obowiązków pomaga mi. Często jak Róża bardzo płacze i pręży się, biorę ją na ręce, włączam ulubioną muzykę i tańczę. Polecam z całego serduszka, przyjemność dla matki i dziecka. Macierzyństwo i jego początki to ogromny stres dla każdej kobiety, jednak trzeba się z tym zmierzyć.

Może te wszystkie objawy to przez tarczycę?!

Euthyrox

Choruję na niedoczynność tarczycy oraz Hashimoto, a w ciąży musiałam szczególnie zadbać o swój poziom hormonów. Bardzo istotną rolę pełnią one w pierwszym trymestrze ciąży, dlatego też miałam zmienianą dawkę Euthyrox’u. Kontrolowałam swoje TSH i FT4 co cztery tygodnie. Wiedziałam, że po porodzie poziom hormonów zmienia się, nie sądziłam, że aż tak. Po wyjściu ze szpitala miałam strasznie przesuszoną skórę. Smarowałam się kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy w ciągu dnia, a ona wciąż schodziła płatami i czułam się, jakbym zrzucała skórę po zimie. Nie było to nic przyjemnego. Jeszcze przed ciążą miewałam takie nagłe ataki zimna (dreszcze) i to nawet w gorące lato. Muszę też wspomnieć, że mamy spokojne nocki. Budzę się pełna energii, ale po chwili dopada mnie straszne zmęczenie. Najgorszy jednak jest ten taki wewnętrzny niepokój i rozkojarzenie. Nadal czuję się trochę tym wszystkim przytłoczona, bo wiem, że mój organizm nie zachowuje się tak jak powinien. Chciałabym mieć na to wszystko wpływ, jednak hormony robią swoje. Co do mojej wagi, to niestety już minęły dwa miesiące od porodu i nadal dodatkowe kilogramy na plusie pomimo karmienia piersią. Znów pojawia się powtórka z rozrywki, gdzie tarczyca przejmuje kontrolę nad moją wagą i ciałem. Jestem jednak pozytywnie nastawiona po wizycie u endokrynologa, gdzie wykonałam badanie USG tarczycy i nie widać żadnych guzków oraz jej stan nie pogorszył się od ostatniego badania. Za miesiąc czekają mnie jeszcze kolejne badania i mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej. Zmiany nawyków żywieniowych z pewnością przyniosą mi ulgę, bo chcę czuć się dobrze i być zdrowa. Stan włosów w ciąży znacząco się poprawił, stały się one gęstsze i mocniejsze. Wcześniej bardzo wypadały i pomimo dbania o nie, wciąż były przesuszone i słabe. Trochę jestem przerażona, gdyż przy karmieniu piersią u większości kobiet włosy strasznie zaczynają wypadać. Czy tak będzie też u mnie?? Wszystko okaże się, ale może to teraz jest czas na przyjmowanie jakiejś suplementacji na włosy. Jeśli macie sprawdzone witaminki, dajcie mi znać 😉

***

Ciężko jest mi jednoznacznie przypisać objawy, które u mnie wystąpiły. W jakimś stopniu połóg i tarczyca zrobiły swoje w moim organiźmie. Jednak najważniejsze, że już ten czas mam za sobą, chociaż i tak nie miałam aż tak źle. Zaciskam zęby i wierzę, że gdy Róża będzie większa to będzie o niebo lepiej. Tutaj przede wszystkim rozchodzi się o problemy brzuszkowe, które ,,podobno” przejdą po ukończeniu trzeciego miesiąca. Na to po cichu liczę! Cieszę się ogromnie, że mogłam uchylić Wam trochę mojego macierzyństwa. Każde początki są trudne, nowy dzień to nowa lekcja od życia. Róża nauczyła mnie do tej pory ogromnej cierpliwości, która z pewnością przyda mi się w życiu prywatnym i zawodowym. Byłam osobą wybuchową i szybko denerwowałam się, teraz ze spokojem podchodzę do pewnych spraw. Lepiej rozumiem też swoje ciało, umiem sobie poradzić z szalejącymi hormonami w moim organiźmie. Miałam kryzysowe dni, ale nie bałam się o tym porozmawiać z mężem. Znajduję czas dla siebie, aby dobrze wyglądać i czasem nawet wyskoczę na miasto, żeby oderwać się od pieluch. Taka ,,terapia” pozytywnie na mnie wpływa i sprawia, że jestem szczęśliwą żoną, matką i kobietą. Robię wszystko, aby być jak najlepszą mamą dla swojego dziecka i myślę, że wychodzi mi to całkiem dobrze! Mam postanowienie, że od marca ruszam z dietą ze względu na Hashimoto i zapisuję się na zajęcia na siłowni. Na Instagramie stworzyłam specjalną akcję pod hasztagiem #marzecbezslodkosci, która ma zachęcić i zmotywować do zrezygnowania ze słodyczy w marcu. Mam nadzieję, że będziecie kibicować i wspierać mnie w powrocie do formy i walce o lepszą wersję siebie. Buziaaaaaaki ;*

2 miesiące

  • Share

10 Comments

  1. Wera says:

    ♥️♥️♥️

    1. subie.mum says:

      Kochana :):*

  2. Aldona says:

    😍😍😍👏👏👏

    1. subie.mum says:

      Dziękuję 🙂

  3. Ola says:

    Ciekawy post;)

    1. subie.mum says:

      Ślicznie dziękuję 😉

  4. Martina says:

    Piękny wpis aż się łezka w oku kręci 😍☺️

    1. subie.mum says:

      Cieszę się, że wzbudził w Tobie tyle emocji 😉

  5. Ewelina says:

    Aż mi łzy poleciały 🙈 powodzenia Kochana! 😘

    1. subie.mum says:

      Dziękuję ślicznie :*

Leave a comment

Your email address will not be published.