Spóźniony prezent świąteczny

Posted on

Jest! Nareszcie na liczniku wybił 30 tydzień ciąży. Jeszcze tylko 10 tygodni, a może nawet mniej i będę już tulić Maleńką w swoich ramionach. Taką już drogę przeszłam, tyle tygodni za sobą, a dopiero najpiękniejszy czas przede mną. Nowy 2019 rok to zdecydowanie czas zmian i odkrywania życia na nowo. Nie sądziłam, że tak bardzo pochłonie mnie ta ciąża i tak się zmienię. Przez te 30 tygodni mój charakterek znacznie się złagodził, stałam się spokojniejsza, mniej nerwowa i gotowa na nową rolę – bycia mamą. Nie sądziłam, że tak niesamowicie zmieni się moje ciało przez te 7 miesięcy i dalej nie mogę w to uwierzyć, że życie to prawdziwy CUD. Pamiętam, jak dowiedzieliśmy się, że zostaniemy rodzicami, pierwsze USG, pierwsze bicie serca naszego maleństwa. Każda mama na pewno wspomina to z wielkim sentymentem i wzbudza to w niej cudowne emocje. Moje 7 miesięcy ciąży przebiegało bardzo bezobjawowo. Nie miałam tych wszystkich ,,książkowych” objawów i problemów ciążowych. Dużo rozmawiałam z innymi brzuchatkami na forach czy Instagramie. Pamiętam jak przed ciążą wyobrażałam sobie, że będę gruba i nieatrakcyjna w ciąży… haha na pewno niejedna z Was miała też takie myśli. Jednak ja czułam się bardzo dobrze w swoim ciele. Dodatkowe kilogramy poszły na szczęście w brzuszek, biodra i biust. Nabrałam jeszcze bardziej kobiecych kształtów. Dla  mojego męża jestem atrakcyjna, czy to z brzuszkiem czy bez ( tzn. tak mi mówił 😅, a czy tak jest naprawdę ?!). Od razu powiem, że nie zmagałam się z żadnymi mdłościami, omdleniami, zachciankami, bólami pleców czy zgagą (nawet nie wiem co to do końca jest). Już brzuszek po 26 tygodniu znacznie się powiększył i pewne zwykłe czynności musiały trwać dłużej lub wymagały dużej trudności. Trzeba było sobie jakoś z tym radzić i kombinować na tysiąc sposobów. Myślałam, że w normalnym funkcjonowaniu będzie przeszkadzał mi już tylko brzuszek, a reszta pozostanie taka sama jak do tej pory. Wspomnę tylko, że jestem osobą bardzo dokładną, poukładaną i przede wszystkim robię wszystko zgodnie z wcześniejszym planem. W głowie też miałam ,,zaplanowane” jak moje ostatnie 2 miesiące będą wyglądać. Dla niektórych może wydać się to dziwne, ale taka już jestem i tak żyje mi się o wiele lepiej. Niestety moje plany całkowicie się zmieniły…

 

Skracająca się szyjka

Dzień jak codzień, do południa robiłam w domu obiad i sprzątałam, a wieczorem zrobiliśmy sobie z mężem seans filmowy. Wstałam do kuchni, żeby wziąć coś z lodówki i zrobić sobie herbatkę. Poczułam, że mój brzuch zaraz eksploduje… jakby ktoś od środka pompował balon. Powiedziałam do męża: ,,Kotek, ja zaraz wybuchnę”. Poleciałam do łazienki obejrzeć brzuch, był tak ogromny i napięty. Wzięłam prysznic i położyłam się – poczułam ulgę. Zaczęłam sobie tłumaczyć, że wybił mi 30 tydzień i tak może wyglądać każdy wieczór mojej ciąży. Kolejny dzień to samo, na wieczór znów pojawiło się takie uczucie, ledwo chodziłam (raczej w chodzie przypominałam pingwina). Zrobiłam sobie zdjęcie i wrzuciłam post na Insta z podpisem : ,,Taką mam 30tygodniową piłeczkę 🥰 Od 2 dni, mam wrażenie, że mój brzuszek eksploduje. Brzuchatki jak się czujecie?? Mamuśki, jak znosiłyście ciążę?”. Po komentarzach wywnioskowałam, że to raczej normalne, że tak ma być, a później może być jeszcze gorzej. Haha było to bardzo pocieszające 🙂 Do wizyty  u ginekologa zostało jeszcze kilka dni. Wyniki, które odebrałam z przychodni wyszły złe i dlatego musiałam szybciej podjechać do przychodni. W trakcie wizyty wspomniałam, że brzuch mi się napina wieczorami, ale po nocy wszystko przechodzi. Ginekolog zbadał mnie i zauważył, że szyjka jest krótsza o ok. 1 cm w porównaniu do ostatnich wizyt. Nie wiedziałam co to oznacza i jak mam to interpretować. Zalecenie jakie dostałam, to oszczędzający tryb życia (więcej mam leżeć niż chodzić). Dla mnie był to koniec z pracami domowymi i wszystkim od teraz miał się zajmować mąż. Dostałam dodatkowo luteinę 2x100mg i kontrola w przychodni co tydzień. Jeszcze porozmawialiśmy jakie ryzyko niesie za sobą skracająca się szyjka. Generalnie to przedwczesny poród. Wyszłam z przychodni załamana, najbardziej tym, że mogłabym wcześniej urodzić, a ja nie jestem do tego przygotowana i maleństwo pewnie jeszcze też nie. Do tej pory czułam się taka aktywna, niezależna i wiedziałam, że jeszcze na wszystko mam czas… że mam też czas na odpoczynek w domu, ale nie w 30-stym tygodniu!! Zdrowie maluszka i moje było w tym momencie najważniejsze. Ogromnym wsparciem był mój mąż, który przejął wszystkie obowiązki związane z domem i przygotowaniem pokoju dla Małej. Byłam jeszcze na kolejnych 2 wizytach. Po luteinie i dużej ilości odpoczynku, moja szyjka miała podobną długość (32 tydzień – 2,07 cm). Wiedziałam, że dalej mam stosować się do zaleceń lekarza, a spokojnie dotrwam do końca ciąży. Napięcia brzucha minęły i czułam się o wiele lepiej.

 

33 tydzień, czas spakować torbę do szpitala i dokończyć kompletowanie wyprawki

Piątkowy grudniowy wieczór z mężem – standardowo kolacja i film. Mąż sprawił mi wymarzoną torbę do szpitala, także w weekend nareszcie będę się mogła spakować. Ciuszki dziecięce wyprane, tylko pozostało wszystko  wyprasować i poukładać w komodzie. Po 22 położyliśmy się już spać. Mała jeszcze przed snem tak skopała mi żebra, ale to był jej taki standard, jak mamuśka układała się do snu. W nocy wstawałam z 3 razy, byłam niespokojna i cała spuchłam… czułam się jakoś tak dziwnie. Prawie każdą noc do tej pory miałam przespaną (7-8h snu). Jeszcze podczas tego kręcenia w nocy i zmiany pozycji ze 100 razy, Mała w ogóle nie reagowała. Rano szybko wzięłam prysznic, zjadłam coś słodkiego i nadal była cisza… nie czułam ruchów Małej. Dotykałam brzucha i też nic. Od razu wstałam od stołu i podjęłam decyzję, że jedziemy na IP do szpitala. Po 15 minutach byliśmy już na Izbie Przyjęć. Na szczęście nie było kolejki i szybko zostałam przyjęta. Zostałam podłączona pod KTG. Leżałam, leżałam i słyszałam co chwile, że występują jakieś dziwne sygnały dźwiękowe w zapisie. W tle usłyszałam, że wołają lekarza na IP, bo mój zapis jest niepokojący. Lekarka przyszła do mnie po teczkę z wynikami i powiedziała, że muszą mnie zostawić na obserwacje, bo przy tym zapisie jeśli się nie poprawi, będą musieli wykonać cesarkę. Automatycznie zalałam się łzami… miałam w głowie najgorszy scenariusz. Strasznie zaczęłam martwić się o Małą, a szczególnie o jej życie!! Przecież to dopiero 33 tydzień, jest taka malutka, jeszcze nie ma do końca wykształconych płuc i jest taka bezbronna (jak to piszę, nadal płaczę). Zrobili mi jeszcze badanie USG, żeby zobaczyć czy maleństwo nie owinęło się pępowiną i czy przepływy są dobre. Żadnego owinięcia nie zauważono, przepływy były ok, także zabierają mnie na obserwacje na porodówkę. Łukasza wezwano do środka i tylko poinformowano, że ma przywieźć mi rzeczy do szpitala i że zostaje na razie tutaj na obserwacji. Na porodówce podłączyli mnie pod KTG, leżałam i płakałam, byłam w totalnej rozsypce. Pobrano mi krew do badania i dostałam również 1 dawkę sterydów na rozwój płuc u Małej. Po 2 godzinach Łukasz był już ze mną w sali rodzinnej, a ja nadal byłam podłączona pod zapis KTG. Po jakimś czasie zabolały mnie plecy i poczułam się jakoś tak dziwnie. Dodam, że byłam baaardzo głodna, a jak kobieta głodna to zła. Nagle pojawił się ścisk w żebrach, brzuch się stawiał i takie uczucie utrzymywało się przez dłuższą chwilę. Położna przyszła do nas i  zapytała się, czy ja przypadkiem nie odczuwam skurczy. Hmm… skurcze to do tej pory zjawisko mi nieznane, także powiedziałam, że taki ścisk czuję. Kazałam Łukaszowi zapisywać godzinę, w której pojawia się skurcz. Występowały regularnie co 2 minuty, .podłączyli mi lek na zatrzymanie skurczy. Po 30 minutach czynność skurczowa ustała, udało się wyciszyć wszystko. Już się wystraszyłam, że to dziś jest ten dzień, kiedy urodzę. Wieczorem przeniesiono mnie na patologię ciąży do dalszej oberwacji i dostałam antybiotyk, gdyż pojawiła się infekcja w organiźmie.

Ratunku, mój brzuch zaraz wybuchnie!

Od 15 grudnia leżałam już na patologii ciąży (dla mnie pobyt w szpitalu to była jakaś abstrakcja). Przeprowadzono mi masę badań, USG i codziennie zapisy KTG. Naprawdę miałam tutaj dobrą opiekę. Myślami byłam w domu przy mężu, ale musiałam leżeć i zastanawiłam się, czy uda mi się wyjść na Święta Bożego Narodzenia i jak długo jeszcze będę w ciąży. Każdego dnia czułam się niestety coraz gorzej, brzuch był wciąż napięty i jedyną ulgę przynosił mi magnez i leżenie plackiem w łóżku. Na szczeście warunki szpitalne i przede wszystkim towarzystwo innych brzuchatek było cudowne. Podczas jednego z badań USG, lekarz oznajmił mi, że nie mam co liczyć na wyjście w Święta (szyjka skróciła się i miała 12mm). Zostaję w szpitalu do rozwiązania. Nie zdajecie sobie sprawy, jak było mi przykro… jednak głos rozsądku mówił mi, że tak dla Nas będzie najlepiej. Pogodziłam się z tym i pozostało mi tylko czekać, na TEN DZIEŃ. Poinformowałam najbliższych, że zostaję na Święta w szpitalu. Akurat jeszcze w listopadzie zaplanowałam Wigilię z rodzicami u mnie w domu, dlatego na towarzystwo podczas Świąt nie mogłam narzekać. 24 grudnia przyjechali rodzice i mama Łukasza, przywieźli mi zamówione pierniczki oraz podzieliliśmy się opłatkiem. Założyłam sukienkę i zrobiliśmy sobie zdjęcie na szpitalnym korytarzu. Nie sądziłam wtedy, że będzie to jedno z przedostatnich zdjęć w dwupaku.

Już dziś się rozpakuję ?!

Łukasz z rodzicami pojechał do naszego domu na kolację wigilijną, a ja obejrzałam Kevina razem z dziewczynami. Jeszcze przed snem poszłam do łazienki i próbowałam zdjąć przedłużane rzęsy, po jakimś czasie udało mi się. Popatrzyłam w lustro i zobaczyłam, że moja twarz była cała spuchnięta, a oczy podkrążone, jednym słowem wyglądałam t r a g i c z n i e. Poszłam spać, ale w nocy nie mogłam znaleźć pozycji, czułam dziwny ból w dole brzucha, bardzo przypominał te bóle, które czasem miewałam w trakcie okresu. Przed północą poszłam do położnej poinformować, że pojawił mi się śluz podbarwiony krwią. Zostałam przebadana i wykonano mi test na obecność wód płodowych – był negatywny. Poszłam spać, tzn. próbowałam znaleźć dogodną pozycję do spania, niestety brzuch i pobolewania znacznie mi to utrudniały. Rano standardowo KTG i obchód, zgłosiłam lekarzowi, że nadal mam bóle i ten dziwny śluz. Przed obiadem przyszła do mnie położna i zapytała czy nadal źle się czuję. Zawołała lekarza i ponownie zostałam przebadana i zrobili test na obecność wód – tym razem test okazał się pozytywny. Informację jaką otrzymałam, to że sączą mi się wody… zabierają mnie na obserwację na porodówkę. Próbowałam powstrzymywać łzy, ale nie udało mi się, emocje były silniejsze ode mnie. Szybko zadzwoniłam po Łukasza, że zabierają mnie na porodówkę i żeby przyjechał jak najszybciej. Już wtedy przeczuwałam, że to dziś się rozpakuję. Na moje szczęście sala do porodów rodzinnych była wolna i mogłam z niej skorzystać. Od początku ciąży chciałam rodzić w obecności Łukasza, bo wiem jakim ogromnym wsparciem może mnie obdarzyć. Łukasz przyjechał z rodzicami, porozmawialiśmy i wysłałam go do domu po wszystkie rzeczy dla mnie i dla Małej. Gdy czekałam w sali podpięta pod KTG o 15:40 odeszły mi wody. Zaczęłam krzyczeć za położną jak szalona (jak teraz sobie to przypomnę, to w tamtym momencie wpadłam w straszną panikę). Mega dziwne uczucie, tak jak to opisują, jakby wiadro wody z Ciebie zeszło i to w dodatku ciepłej. Położna przyszła do mnie i powiedziała, że poród już powoli zaczyna się i dziś wieczorem albo w nocy urodzę. Byłam z jednej strony podekscytowana, a z drugiej przerażona, bo podkreślę znów – nie byłam na to jeszcze gotowa! Aktualnie byłam w 34 tygodniu ciąży, liczyłam po cichu, że uda mi się dotrwać do stycznia. Gdy Łukasz do mnie przyjechał, moje bóle na dole brzucha były częstsze i bardziej odczuwalne. Jednak ja postanowiłam sobie, że z bólem muszę jakoś ,,wygrać”. Pamiętam ze szkoły rodzenia, że istnieją różne metody łagodzenia bólu i przy porodzie ważny jest oddech – szczególnie podczas skurczu. Położna opowiedziała mi jak wygląda poród, o łagodzeniu bólu, znieczuleniu, nacięciu krocza i wszystkim co dzieje się po porodzie. Z pozycji leżącej przeniosłam się na piłkę i na niej własnie spędziłam większość czasu podczas mojego porodu. Wszystkim polecam wybór piłki, skurcze były łagodniejsze i generalnie wygodna pozycja, która sprzyja rozwarciu (przy leżeniu drętwiały mi nogi). Przyszła położona i zaproponowała kolejną z naturalnych metod łagodzenia bólu – prysznic. Pod prysznicem było krzesełko, usiadłam i polewałam się gorącą wodą po plecach i brzuchu w trakcie trwania skurczu (występowały u mnie co 2-3 minuty). Przed porodem zarzekałam się, że nie skorzystam ze znieczulenia zzo (znieczulenie zewnątrzoponowe), jednak podjęliśmy decyzję, że skorzystam z niego. Przez ostatnie tygodnie było mi ciężko i chciałam chociaż podczas porodu poczuć lekką ulgę. Przy rozwarciu 4cm przyszedł anestezjolog, wypełniłam dokumenty i założono mi cewnik. Samo wkucie w kręgosłup nie bolało, a znieczulenie nie miało całkowicie wyeliminować bólu odczuwanego podczas skurczu. Gdy znieczulenie zaczęło działać, poczułam się jak na lekkim ,,haju”. Między skurczami, które trwały wtedy co 5 minut przysypiałam… i tu od razu muszę zaznaczyć, że poprzez znieczulenie czynność skurczowa wydłużyła się. W ogóle wody non stop leciały ze mnie, miałam ich przed samym porodem bardzo dużą ilość. Powoli zaczęły pojawiać się też skurcze, które zapisywały się na KTG. Ścisk w żebrach, rozchodził się po górnej części brzucha i trwał kilkanaście sekund. Powoli zbliżała się północ, skurcze nadal były, znieczulenie przestało działać i rozwarcie jak dobrze pamiętam 8cm. Już po podaniu znieczulenia zzo przeniosłam się na łóżko, po północy byłam wykończona, poród powoli przebiegał. Dostałam zastrzyk oksytocyny, po nim poczułam dotąd nieznane uczucie – bóle parte. W tym momencie zaczęłam krzyczeć na całą salę, że nie dam rady (krzyczałam dosyć solidnie). Wszyscy mówili, że mam przeć, ja nie wiedziałam jak, bo czułam ból i traciłam energię. Łukasz kazał mi oddychać i słuchać położnej, która prosiła żebym oszczędzała siły. Zbadała mnie i rozwarcie było już na 9cm, główka bardzo nisko i rozpoczął się ostatni etap porodu. Nagle poczułam kolejny ból party – dostałam polecenie, że mam wstrzymać powietrze i przeć z całych sił ( tak jak przy ,,2ce” w toalecie :). Położna krzyknęła, że widzi już długie włosy Malutkiej, że będę mogła jej warkocze zaplatać. Podczas pierwszego parcia miałam nacięte krocze – od razu powiem, nic nie poczułam i nie wiem kiedy to się stało. Łukasz powiedział mi o tym, że wtedy miałam wykonane nacięcie. W szpitalu,w którym rodziłam nacięcie krocza wykonują z uwagi na wcześniaka i jego miekką główkę. Mąż trzymał mnie za rękę i uspokajał mnie, że tylko trzy parcia i urodzę. Nastąpiło kolejne parcie, postępowałam zgodnie z instrukcjami położnej. Łukasz krzyknął: ,,Patrz na swój brzuch” – nagle zrobił się on szpiczasty (obracali w tym momencie malutką). Ostatnie już 3 parcie, użyłam jeszcze większej siły i nagle usłyszałam płacz…

26 grudnia o 1:15 w 34 tygodniu ciąży na świat przyszła nasza córeczka Róża

Szybko odpięłam koszulę i położono mi Różę na klatce, a ja przystawiłam ją do piersi. Rozpłakaliśmy się razem z Łukaszem, ale byliśmy przy tym najszczęśliwszymi rodzicami na świecie. Szybko ,,urodziłam” łożysko i w znieczuleniu założono mi szwy na kroczu. Kangurowaliśmy się tak z dobre 2 godzinki i nie mogłam nacieszyć się obecnością córki już na świecie.

Podziękowania

Dziękuję Bogu za Dar Życia – Różę. Przez całą ciążę i poród czułam, że mój Anioł Stróż czuwa nade mną i Malutką. Nic nie dzieje się bez przyczyny, taki scenariusz zaplanował mi ON. Nie chce nawet myśleć, co byłoby gdybym 15 grudnia nie zgłosiła się do szpitala. Warto obserwować i słuchać swojego ciała, bo informuje nas, że coś złego dzieje się z naszym dzieckiem. Słowa podziękowania też dla Was, podczas mojej ciąży i pobytu w szpitalu wspieraliście mnie oraz Łukasza – to bardzo miłe! Odpowiadając też na to, jak się czuje Róża – Nasz wcześniaczek ma się dobrze, od początku porodu jest przy mnie. Samodzielnie oddycha, nie potrzebowała inkubatora po porodzie i ma spory aptetyt. Buziaki od rozpakowanej już mamuśki, ale jakże szczęśliwej! :*

  • Share

16 Comments

  1. Kasia says:

    🙂 piękne.. z ciekawością przeczytałam

    1. subie.mum says:

      Bardzo dziękuje 🥰

  2. Emi says:

    Ah co to były za emocje ! Nie wiedziałam że miałaś znieczulenie . Gdzie nie spojrzeć to parę partych i dzidzia na świecie – ja Mieszka parłam godzinę 20 minut s Dobrawę 40 minut … masakra A z całych sił parłam…jak przy dwójce w kiblu hahahha

    1. subie.mum says:

      Tak miałam znieczulenie, trochę pewnie mniej boleśnie było. Szybko udało się wyprzeć Różę, ale uczucie parcia dla mnie było do tej pory mało znane 😅 Nie sądziałam, że mam to skojarzyć z inną chodzienną czynnością🙊

  3. Agnes says:

    Świetnie napisana relacja. Bardzo fajnie czytało się ten post. Mnie osobiście zabrakło jednak informacji o Twoim samopoczuciu w pierwszych dniach po porodzie i jak przebiegał połóg.

    1. subie.mum says:

      Dziękuję ślicznie. O moim samopoczuciu i innych rzeczach będą kolejne posty 🙂

  4. Klaudia says:

    Sama miałam łzy jak czytałam. 3 lata temu byłam w podobnej sytuacji.

    1. subie.mum says:

      Jest mi miło, że wzbudziłam takie emocje u Ciebie !

  5. Magdalena says:

    Droga Madziu! Gratuluję Ci tak dobrego wpisu – czytało się go bardzo przyjemnie. Pokazałaś w ten sposób, że poród może być piękny. Bo ja tak to odebrałam. Obecnie jestem w ciąży i często czytam lub oglądam relacje z porodów i zazwyczaj coraz bardziej mnie one przerażają. A tu śmiało można wyczytać, że mimo nieplanowanego rozwoju wydarzeń, byłaś i jesteś szczęśliwa i wdzięczna za to, że Bóg dał Ci tak piękny prezent na Święta. Życzę Wam dużo spokoju, zdrowia i sił. Pozdrawiam 🙂

    1. subie.mum says:

      Dziękuję za miłe słowa, bardzo mi miło że spodobał się Tobie mój wpis 🥰 Poród nie jest taki straszny, opanowanie i pozytywne myślenie bardzo pomoga. Cieszę się, że urodziłam wcześniaka siłami natury:)

  6. Agata says:

    Większość mam chce jak najszybciej zapomnieć swój poród i ból jakim im towarzyszył, a Ty to tak ładnie opisałaś, że przyszłe mamy mogą odetchnąć z ulgą, że nie taki diabeł straszny jak go malują, tylko piękne doświadczenie które wzmacnia kobietę.

    1. subie.mum says:

      Poród w moim przypadku akurat nie był czymś strasznym, jednak bardzo mnie zaskoczył. Napisałam tak jak było i teraz już powoli pamięć o porodzie przechodzi 🙂

  7. Angelika says:

    Rzadko zdarza mi się pozostawić komentarz pod czytanym postem ale pod tym musialam:) Przypomniał mi się mój poród 3 miesiące temu choć przebiegał zgodnie z planem a malutka urodziła się nawet po czasie bo 10 dni po terminie czytając twoj post wzbudził on we mnie wiele emocji. Łzy w oczach i ogromne szczęście i przede wszystkim dumę że dałam radę w tym dniu chodź to było całkiem nowe doswiadczenie. My kobiety jesteśmy silnymi babkami 🙂 Różyczka jest śliczna duzo zdrowia dla niej a dla was szczęśliwi rodzice duzo radości i poczucia że wykonaliście ” kawał dobrej roboty ” Gratulacje!

    1. subie.mum says:

      Jesteśmy silne babki, masz rację! Takie doświadczenia nas tylko wzmacniają i ciszę się, że już mam to za sobą 😊 Dziękujemy ślicznie !

  8. Magdalena says:

    Z Twojego wpisu wynika, że bardzo Chwalisz sobie szpital w którym rodziłas. Czy mogłabyś napisać w jakim? Jestem obecnie w 17 tyg ciąży i mieszkam we Wrocławiu, a wszyscy mnie tylko odstraszają od wrocławskich szpitali…bede wdzięczna 🙂

    1. subie.mum says:

      Leżałam na Borowskiej i wybrałam ten szpital , bo miałam najbliżej i miałam na uwadze to, że ma III stopień referencyjności 🙂

Leave a comment

Your email address will not be published.